Ekspozycje czasowe
Marność nad marnościami czyli u kresu ziemskiej pielgrzymki człowieczej
Wystawa zorganizowana w ramach XV Europejskich Dni Dziedzictwa Kulturowego oraz z okazji 200-lecia cmentarza katolickiego przy kaliskiej Rogatce.
Pokazywana obecnie wystawa zwraca uwagę przede wszystkim nasyceniem ikonosferą baroku. Nic w tym dziwnego, przecież alegoryczna, tajemnicza i symboliczna sztuka tamtej epoki towarzyszy nam do dziś. Barokowe, lub przebudowane w tej stylistyce kościoły i kościółki polskie, z ich bogactwem ołtarzy, malowideł, dawnych epitafiów, portretów trumiennych i nagrobków, oddziaływują swą atmosferą sacrum także na naszą współczesność. To przy nich nowe świątynie wydają się chłodne i pozbawione tej poruszającej więzi z historią wspólnoty w kościele naszych poprzedników. Podobnie stare cmentarze - tak jak 200-letnia nekropolia kaliska.
Jeśli założymy, że w każdym okresie dziejowym, na polu kultury artystycznej jedna z jej gałęzi stanowi sztukę wiodącą to dla Baroku pozycja ta przypada teatrowi (przywołać tu należy choćby wspaniały rozwój dramatu hiszpańskiego, angielskiego i francuskiego).
Obok teatru rozpowszechniają się wszelkiego rodzaju widowiska parateatralne: uroczyste ingresy, procesje i... pogrzeby.
Kościół potrydencki chciał dać wiernym "piękne widowisko świata" adresowane do zmysłów, które należało olśnić. Stąd położenie wielkiego nacisku na teatralność i bogactwo wnętrza świątyń, sprawiających wrażenie - jak pisał Birkowski - że, "gdy wnijdziesz do kościoła naszego - jakobyś do raja wszedł niebieskiego".Na takiej scenie, w takim anturażu odbywały się królewskie, magnackie i szlacheckie pogrzeby. Okruchy ich - często oszałamiającej - oprawy, odnaleźć można teraz w sali kaliskiego muzeum Sarmackie funeralne widowisko miało swą scenę, której głównym bohaterem był oczywiście zmarły, odchodzący już wprawdzie stąd do wieczności, ale jednocześnie niemal cieleśnie asystujący ceremonii.
W najbardziej skrajnych przypadkach jego obecność zaznaczał przebrany za nieboszczyka aktor, wjeżdżający np. konno do kościoła. Nieznanym, poza granicami Polski, fenomenem było wprowadzenie do obrzędu szlacheckiego pochówku, malarskiego wizerunku zmarłego - portretu trumiennego. Przedstawiał on nieboszczyka jako osobę żyjącą a jego wymiary i kształt określone były wielkością i zarysem krótszego boku trumny. Wizerunek umieszczany był na naczółku od strony głowy zmarłego.
Szlacheckie portrety trumienne cechuje niezwykły weryzm, rezygnujący z idealizacji wyglądu modela. Naturalność przedstawienia także dawała efekt uczestnictwa nieżyjącego we własnym pogrzebie. Efekt, często pogłębiony mowami pożegnalnymi wygłaszanymi przez oratorów w pierwszej osobie.
Trumny z portretem, tablicami epitafijnymi i blachami herbowymi stawiano na katafalku lub w architekturze castrum doloris (rozbudowany wystawnie katafalk z rozpiętym baldachimem, wyposażony często w posągi, alegorie, symbole i inne akcesoria). Efekt migotania świec ożywiał portret. I tak na oczach zgromadzonej w kościele widowni, zmarły odchodził żegnając przepych ziemskiego życia.
Temu pożegnaniu towarzyszyła jednocześnie - jakby prawem kontrastu - idea Vanitas vanitatum et omnia vanitas (wszystko to marność nad marnościami), przypominająca o nietrwałości dóbr ziemskich. Jej uosobieniem były umieszczone we wnętrzu kościoła - symbole, emblematy i alegorie śmierci (np. motyw czaszki, kościotrupa), obrazy o tematyce Ars moriendi (sztuka umierania), a także inskrypcje w rodzaju: "przechodniu (...) ucz się śmierci" albo "czym byłem - jesteś, czym będziesz - jestem" a wiec permanentne "memento mori".
Wystawność pogrzebów szlacheckich, tej "pompa funebris" budziła także wątpliwości. Najczęściej związane one były z polskimi stypami i pijaństwem na nich panującym. W kazaniach XVII i XVIII-wiecznych znajdujemy krytykę takich obyczajów. W jednym z nich czytamy: "Wiem ja to dobrze, że na Pogrzebnych zjazdach, po wniesieniu Ciała do Grobu (...) przy polskiej ochocie Bachus pocznie gęsto garncowe na stołach stawiać flasze, a od Stołu Gospodarskiego, pocznie zwyczajna Polityka, pospolitym iść ruszeniem, wielkie za sobą prowadząc flasz, kieliszków i sklenic Wojsko".
I to był ostatni akt teatru śmierci rozgrywający się przy akompaniamencie "nikczemnego" (jak pisze jeden z kaznodziejów) wierszyka: "za jego duszę upić się muszę". Tradycja!
Dotrwała ona do dziś. Są i wystawne pogrzeby, jest katafalk, pozostała inskrypcja z nazwiskiem i datami życia, dźwięk organów i czerń żałoby. Pojawia się - choć już coraz rzadziej - portret zmarłego, fotografia umieszczona na nagrobku.
Być może, współczesną nam interpretację idei vanitas uda się pokazać w kolejnej wystawie o tej tematyce.
Barbara Kowalska
Powrót do podstrony: Ekspozycje czasowe

































